Magazyn koscian.net
21 lutego 2026Fotografia jest pamięcią [Andrzej P. Florkowski]
W dniu Jego pogrzebu przypominamy dwa wywiady z profesorem Andrzejem P. Florkowskim, w których opowiada o sobie, Kościanie i fotografii.
Andrzej Florkowski (1951-2026) emerytowany profesor Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, członek Polskiego Związku Artystów Fotografików, przewodniczący Rady Muzeum przy Muzeum Regionalnym im. dr Henryka Florkowskiego w Kościanie, reżyser, operator oraz dyrektor artystyczny filmów dokumentalnych, reportaży telewizyjnych i produkcji reklamowych, autor wielu wystaw indywidualnych i uczestnik licznych wystaw zbiorowych, artysta odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi oraz Srebrnym Medalem Gloria Artis.
O fotografii i rodzinnym Kościanie z profesorem Andrzejem Florkowskim rozmawia Paweł Sałacki
Gazeta Kościańska, portal koscian.net - grudzień 2013 roku
Andrzej Florkowski? Wiadomo, znany poznański fotograf, wykładowca tamtejszego Uniwersytetu Artystycznego. Mniej osób wie, że to poznaniak z Kościana, urodzony w Lesznie...
To prawda. Urodziłem się w Lesznie, w październiku 1951 roku. To miejsce funkcjonowało w mej świadomości jako miasto, w którym mieszka moja babcia, mama mamy, Pelagia Miękicka oraz ciocia Marta. Z kolei w Zaborowie mieszkali rodzice taty. Ale to nie te miejsca mnie ukształtowały Tuż po moim urodzeniu rodzice przeprowadzili się do Kościana i tu pracowali. To jest moje rodzinne miasto.
Pana rodzice byli znanymi i cenionymi lekarzami. Aż dziw, że ani pan, ani brat – ekonomista - nie poszliście w ślady rodziców...
Obiecaliśmy to sobie (śmiech). Pamiętam nawet kiedy. Tata obiecał, że zabierze nas w niedzielę na mecz ping-ponga. Było to dla nas wielkie wydarzenie. Gdybym miał je porównać do dzisiejszych czasów, to tak jakbyśmy mieli obiecane zasiąść na trybunach podczas finału Pucharu Davisa. Jednym słowem byliśmy podekscytowani. Tata poza pracą w szpitalu prowadził prywatna praktykę lekarską i właśnie tej niedzieli, w porze obiadu, został wezwany do pacjenta. Nasze wyjście na mecz spełzło na niczym. Wtedy z bratem postanowiliśmy jednomyślnie, że nigdy nie zostaniemy lekarzami. I dotrzymaliśmy słowa (śmiech). Ale mimo to, że nie wybrałem medycyny jest we mnie coś co odziedziczyłem po rodzicach lekarzach, i co głęboko we mnie tkwi. Mówię o sposobie postrzegania rzeczywistości, o pewnej wrażliwości społecznej. Tak mi się przynajmniej wydaje, tak siebie postrzegam...
Dorastał pan w domu, który wielu pamięta jako dom otwarty. Szczególnie po powstaniu Towarzystwa Miłośników Ziemi Kościańskiej, którego doktor Henryk Florkowski był współzałożycielem i długoletnim prezesem.
Z pewnością dom rodzinny ukształtował moją wrażliwość społeczną i nauczył mnie zdroworozsądkowego punktu widzenia. Przez nasz dom przewijało się wielu ciekawych i mądrych ludzi. Rodziły się w nim inicjatywy oddziaływające nie tylko na miasto, ale na całą Ziemię Kościańską. Był to w jakimś sensie dom wyjątkowy. Rodzice byli także wyjątkowi w życiu zawodowym. Mama prowadziła wzorcowy i nowatorski ośrodek odwykowy dla alkoholików, a tata kierował przez pewien czas kościańskim szpitalem i aż do emerytury był ordynatorem oddziału internistycznego. Jego społecznikowskie pasje i działania zostały docenione przez mieszkańców. Jest przecież patronem Muzeum Regionalnego w Kościanie i Kościańskiego Międzynarodowego Półmaratonu.
Powróćmy do momentu, w którym mały Andrzej podjął decyzję, że nie będzie lekarzem. Był wówczas uczniem „jedynki”, po ukończeniu której, wybrał się po dalszą naukę do...
Liceum Ogólnokształcącego, które między innymi za sprawą usilnych starań mojego taty nazwano imieniem Oskara Kolberga. To była wspaniała szkoła. Świetna kadra, znakomici koledzy i koleżanki. Wymagający nauczyciele rozbudzili we mnie fascynację matematyką i fizyką. Profesor Kalus i Urbański sprawili, że poszedłem na studia fizyczne. Byłem w tym naprawdę dobry. Pod koniec liceum dostałem nagrodę trzeciego stopnia w ogólnopolskim konkursie z fizyki za pracę o laserach.
Miłość do fizyki była wielka, ale krótkotrwała.
To prawda. Dotarło do mnie, że fizyka to nie jest to, czym chcę się zajmować do końca życia. Chciałem zostać fotografem. Po drugim roku fizyki na Uniwersytecie imienia Adama Mickiewicza przeniosłem się na drugi rok historii sztuki z obowiązkiem zaliczenia pierwszego roku.
Z fizyki na historię sztuki?
To tylko pozornie dziwna wolta. Kultura i sztuka była obecna w moim życiu od dziecka. Rodzice dbali o moją edukację i w tym zakresie. Na co dzień miałem kontakt ze sztuką. Co ciekawe, gdy zrozumiałem, że fizyka to nie jest to, co lubię najbardziej, mama zaproponowała, abym wybrał kierunek artystyczny. Wybierz Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych – zaproponowała. Intuicja podpowiedziała mamie moje dalsze losy. Ja zaś uznałem, że za mało potrafię, aby zdawać do PWSSP i wybrałem historię sztuki. To był dobry wybór. Oglądanie sztuki z punktu widzenia historyka i krytyka jest czymś zupełnie innym niż oglądanie jej z pozycji twórcy.
Ojciec podzielał poglądy mamy? Uważał, że powinien być pan artystą?
Tata nie wierzył, że to zawód, z którego będę mógł wyżyć. Wiele osób przekonywało go, że będzie inaczej. W końcu zgodził się na zmianę kierunku wiedząc, że nie będę historykiem sztuki tylko fotografem.
Swoje powołanie odkrył pan po ukończeniu szkoły średniej, a dokładniej na początku studiów. Pasja fotografowania wzięła wówczas górę nad całą resztą. Nie powiedział pan jeszcze kiedy się narodziła...
Trudno powiedzieć. Szukając początków trzeba cofnąć się do dnia, kiedy otrzymałem aparat fotograficzny. Sprawiła mi go na pierwszą komunię babcia – mama mojej mamy. Stałem się posiadaczem aparatu Start B. To był bardzo drogi i wyjątkowy prezent. Zastanawiałem się później wielokrotnie nad tym, dlaczego kupiła właśnie aparat? Mogła przecież kupić coś zupełnie innego. Być może rozmawiała z mamą? Może to doświadczenie mojej mamy z fotografią sprawiło, że babcia wybrała taki prezent? Mama pracowała pod koniec wojny w sklepie fotograficznym w Tarnowie, dokąd ją wysiedlono...
Nie dowiem się już co sprawiło, że dostałem aparat, ale fotografia szybko stała się moją pasją. Poza tym była to świetna zabawa, która wciągała mnie coraz bardziej. Szybko też poznałem „poważne” aspekty fotografowania. Przez całą szkolę podstawową i średnią „pracowałem” dla ojca jako dokumentalista. Pisząc rożne artykuły potrzebował do nich ilustracji, więc je wykonywałem.
Warto tu wspomnieć o ważnym dla mnie wydarzeniu z tego okresu. Tato zabrał mnie pewnego dnia do Czacza i poprosił abym sfotografował stojącą przy skrzyżowaniu dróg karczmę. Okazało się, że pisał list do redakcji „Światowida”, w którym przekonywał, że zamiast ją zburzyć – jak planowały ówczesne władze – lepiej karczmę wyremontować. List ze zdjęciem mojego autorstwa ukazał się w gazecie z czego byłem bardzo dumny. Tym bardziej, że po tekście taty karczma ocalała i stoi do dziś.
A pierwsze czysto fotograficzne poszukiwania?
To ostatnia klasa ogólniaka i początek studiów. Fotografowanie wciągnęło mnie tak bardzo, że nie było już w moim życiu miejsca na matematykę i fizykę (śmiech). W 1970 zacząłem działać w ruchu studenckim i bardzo intensywnie fotografowałem. To był główny nurt mego życia.
Zaczął pan jako student fizyki, ale rozwinął skrzydła jako student historii sztuki...
Zacząłem działać w klubach studenckich. Swoją pierwszą ciemnię miałem w klubie Cicibór przy ulicy Obornickiej w Poznaniu. Tam też zorganizowałem pierwszą wystawę zdjęć. Prezentowałem fotografie ze spektaklu Teatru Ósmego Dnia, przygotowanego na festiwal w Zagrzebiu. W 1971 roku przyjęto mnie do Studenckiej Agencji Fotograficznej, w której działałem do 1973 roku. To była wspaniała przygoda. Grupa młodych reporterów tworzących niezwykłą, odmienną od oficjalnej, fotografię reportażową. W 1974 roku zatrudniono mnie w profesjonalnej pracowni fotograficznej w Instytucie Historii Sztuki. Bylem pierwszym na uniwersytecie studentem dziennym i jednocześnie pełnoetatowym pracownikiem technicznym uczelni. Pracowałem tam do 1983 roku. Wykonałem dziesiątki tysięcy reprodukcji. To była ciężka praca po kilka godzin dziennie. Opanowałem wówczas technikę studyjną i zdobyłem doświadczanie, dzięki któremu mogłem później zajmować się fotografią reklamową.
Zanim oddał się pan fotografii reklamowej fotografował pan teatr.
To była wspaniała przygoda. Teatr Ósmego Dnia, któremu towarzyszyłem z aparatem był niezwykły. Dzięki niemu miałem poczucie, że uczestniczę w rzeczach ważnych. W pewnym sensie politycznych. Był to bowiem świat odmienny od oficjalnego. Szczery i odważny. Fotografowałem festiwale teatralne i studencką Famę. To był mój żywioł. Funkcjonując w tym środowisku zostałem nagle fotografem teatru w Kaliszu kierowanego przez panią Izabelę Cywińską, a później, z rozpędu, zostałem fotografem baletu Konrada Drzewieckiego, gdy tworzył Polski Teatr Tańca.
Pamiętam, jak zaproszono mnie do Kalisza. Miałem przejąć funkcję fotografa teatralnego po wyśmienitej Grażynie Wyszomirskiej. Ja, wywodzący się ze świata teatrów studenckich, gdzie rzecz dzieje się niezależnie ode mnie, a ja ją jedynie podglądam i fotografuję – stanąłem nagle przed aktorami, którzy oczekiwali ode mnie abym ich poustawiał. Jedyne co mi przyszło do głowy to zawołać: proszę grać! Oj, długo nie mogliśmy się zgrać (śmiech).
Z jednej strony bohema, z drugiej nienagannie techniczne reprodukcje. Oba te doświadczenia pomogły w dostaniu się do elitarnego Związku Polskich Artystów Fotografików?
Tak. Będąc etatowym fotografem w instytucie i ciągle dokumentując ruch studencki oraz teatry zacząłem się przygotowywać do zdania egzaminu do ZPAF. W tamtych czasach związki artystyczne pełniły także rolę związku zawodowego. Państwowe firmy, które potrzebowały zdjęć reklamowych zamawiały je w państwowych pracowniach plastycznych, a te kierowały oferty do członków ZPAF, ktorych było niewielu. Przygotowywałem się do egzaminu blisko trzy lata. Zdałem go w czerwcu 1979 roku i zacząłem pracować na „rynku” jako zawodowiec. Moim pierwszym, i jak się później okazało długoletnim i klientem była firma Amino. Wykonywałem dla nich fotografie reklamowe i techniczne. Pracy było tyle, że w 1983 roku rozstałem się z etatem na uniwersytecie.
Po drodze zostaje pan dokumentalistą poznańskiej Solidarności.
To był naturalny impuls. Wynikał z mojego spojrzenia politycznego, wyniesionej z domu wrażliwości społecznej i wieloletniego zaangażowania w żywy dokument. Pojawiłem się w związku już we wrześniu 1980 roku mówiąc, że chcę zostać ich fotografem. Nie byłem co prawda etatowym fotografem Zarządu Regionu NSZZ Solidarność w Poznaniu, bo byłem zatrudniony na uniwersytecie, ale dokumentowałem działania związku, strajki, demonstracje. Powstało wiele ważnych, nie tylko dla mnie, fotografii. Po wprowadzeniu stanu wojennego robiłem jeszcze zdjęcia do wydawnictw ukazujących się w podziemiu.
Powróćmy do związków z uczelniami. Pięć lat po pożegnaniu się z pracą na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, jesienią 1988 roku, przyjmuje pan ofertę Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu.
Broniłem się przed tym rękami i nogami. Dobrze mi było na rynku reklamowym. Stefan Wojnecki rozpoczynał wtedy nauczanie fotografii na PWSSP i potrzebował asystentów. W końcu się zgodziłem, ale przez pierwsze lata traktowałem uczelnię jako drugie miejsce pracy. Nadal zajmowałem się reklamą, a później produkcjami telewizyjnymi i projektowaniem okładek książek. Dopiero po doktoracie, w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych uczelnia zaczęła mnie pochłaniać coraz bardziej. Okazało się, że nie tylko fotografia jest moją życiową pasją, ale i bycie belfrem. Nie wyobrażam już sobie życia bez nauczania i studentów. Odkrywanie nowych talentów i pomaganie im w rozwoju artystycznym daje mi wiele szczęścia.
Wspomniał pan o produkcji telewizyjnej...
W 1989 roku nawiązałem współpracę z pastorem Robertem Gamble, która trwała do 1993 roku. Produkowaliśmy cykliczny program dla Polonii, emitowany w telewizji kablowej w Bostonie. Gdy Bob otworzył firmę Media Rodzina of Poznań zajęliśmy się produkcją reklam dla firmy Knorr, która wchodziła wówczas na polski rynek. Później współtworzyłem firmę Top Five. Produkowaliśmy programy edukacyjne dla ogólnopolskiej „jedynki”, zrealizowaliśmy spektakl Teatru Telewizji i weszliśmy jako zewnętrzny producent do programu Ekspres Reporterów. Dużo się działo, ale ostatecznie powróciłem do fotografii i do uczelni.
Powróćmy i my do fotografii. Pomówmy o ważnych dla pana zdjęciach. W 2007 roku podczas poznańskiego Biennale Fotografii miał pan dużą retrospektywną wystawę. Najstarsze zdjęcia, które tam wystawiono pochodziły z 1969 roku...
To reportaż z odpustu w Górce Duchownej. Po maturze odkryłem nagle, że szkoła nie zaczyna się we wrześniu i mam dodatkowy miesiąc wolnego. Wziąłem więc parę filmów, aparat i pojechałem w niedzielę fotografować odpust. Bardzo interesował mnie świat niezgodny z głównym nurtem propagandy. Był prawdziwy i pociągający.
Dziś trudno byłoby zrobić takie zdjęcia. Podejść tak blisko nie wpływając na zachowanie fotografowanych ludzi...
Tak, było można fotografować prawie wszystko. Nikt nie odmawiał, nikt się nie krzywił, nikt nie uciekał. Chciano nawet być uwiecznionym na zdjęciu, którego miało się nigdy nie zobaczyć. Tak było i na tym odpuście. Nikt do mnie nie podszedł i nie zabronił fotografować. Zrobiłem nawet zdjęcia milicjantom w mundurach i tajniakom w ortalionach. Mogłem z bliska sfotografować otaczający mnie świat.
Tak samo było w reportażach z lat siedemdziesiątych, ale na najważniejszych pana zdjęciach z lat osiemdziesiątych prawie nie ma ludzi...
Sytuacja zmieniła się radykalnie po stanie wojennym. Gdy ktoś pojawiał się z aparátem, aby fotografować ludzi na ulicy lub w pracy, to był podejrzany, że jest z określonych służb. Zacząłem wówczas opisywać sytuację polityczną kontekstem, a nie bezpośrednią sytuacją. Tak powstał cykl zdjęć ze Stoczni Szczecińskiej. Był rok 1986. Czas stagnacji i braku wiary w możliwość zmian. Sfotografowałem stocznię bez ludzi, próbując w ten sposób dokładnie opisać upadające strajki i panujący tam nastrój. Bardzo lubię te zdjęcia. Z punktu widzenia sytuacji socjologicznej i politycznej są to dla mnie najważniejsze zdjęcia.
Podobny nastrój wywołuje powstały w Kościanie w 1981 roku cykl Boże Ciało...
Przyjechałem do rodzinnego domu. Wziąłem aparat i poszedłem sfotografować cztery ołtarze przygotowane na procesję. Ciekawiło mnie zawsze to zderzenie odświętnej instalacji ze szarością otoczenia. Doszedłem na Plac Wolności i doznałem szoku. Okazało się, że pomiędzy godziną 9 i 10 nie ma tam żywej duszy! Puste miasto z dekoracją przygotowaną na tłum, którego nie ma. Bardzo cenię ten cykl.
Ciekawie domyka ten cykl zdjęcie, które nazywam piątym ołtarzem. To instalacja ku chwale sojuszu polsko-radzieckiego, bo taką nazwę nosił wtedy dzisiejszy Plac Wolności. Na retrospektywie obok Bożego Ciała można było obejrzeć fragmenty zestawu pod tytułem Cyrk...
Powstał w Poznaniu w drugiej połowie lat siedemdziesiątych. W pobliżu Colegium Novum, w którym pracowałem, rozbił się cyrk z Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Okolona płotem, zamknięta enklawa o ustalonej hierarchii przypominającej piramidę. Dostrzegłem w tym alegorię państwa socjalistycznego, z tymi barakowozami i strażnikiem, który ich pilnuje. Musiałem to sfotografować...
Czy poza tym cyklem Boże Ciało ma pan wśród ulubionych zdjęć inne powstałe w Kościanie?
Tak. Jedno z nich powstało także w 1981 roku. Nigdy go nie publikowałem, co gorsza nie wiem gdzie mam ten negatyw, ale świetnie je pamiętam. Była msza święta z okazji 3 Maja. Pierwsza taka msza po powstaniu Solidarności, duża, demonstracyjna. Ołtarz był zbudowany przed farą. Przed nim tłumy aż do ratusza. Chciałem zrobić zdjęcie, na którym będzie widać, że dzieje się to w Kościanie. Okazja pojawiła się podczas komunii. Księża poszli w tłum, a ponieważ było dużo ludzi, miałem sporo czasu na zrobienie zdjęcia. Na tyłach ołtarza znalazłem drabinę, wszedłem na nią i trzymając przy oku aparat wychylałem się, żeby dopełnić kadr. W wizjerze widziałem otwartą ewangelię i świece, ale nie mogłem wycelować ratusza równo w osi pomiędzy narożnikowymi budynkami. Wychylałem się coraz bardziej ryzykując upadek i udało się. Bardzo lubię to zdjęcie. Myślę, że jest ważne dla kościańskiej historii ostanich lat.
Ja cenię sobie cykl „Kościan 2000”...
I ja, a powiedzmy, że powstał dzięki naszemu spotkaniu w 1999 roku. Gościłem wówczas na zaproszenie pani dyrektor Jadwigi Czarnej w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Kościanie z wystawą „Zodiak”. Podszedł pan do mnie i zaproponował, abym na jubileusz 600-lecia odnowienia praw miejskich przygotował jakieś działania fotograficzne. Umówiliśmy się na dwa i z obu jestem zadowolony. Pierwsze to zbiorowe zdjęcie mieszkańców przed ratuszem wykonane z wysięgnika. Mieliśmy niestety pecha. Niedziela, na którą zaprosiliśmy mieszkańców była upalna i wielu wyjechało nad jezioro, a inni gościli na przyjęciach z okazji pierwszej komunii. Pomimo dużej reklamy przyszło zaledwie 300 osób. Ale zdjęcie się udało. Sądzę, że było to pierwsze takie zdjęcie w powojennej Polsce. Naszą akcję nagłośniła Gazeta Wyborcza, która przyznała mi za ten pomysł „białą pyrę” i kilka tygodni później taką samą akcję przeprowadzono na Długim Targu w Gdańsku. Po nim były kolejne miasta, ale Kościan był na pewno pierwszy.
Drugi projekt to właśnie „Kościan 2000”, socjologiczny zapis jubileuszowego roku. Choć zrobiłem mniej niż planowałem, to powstało kilka zdjęć, które bardzo lubię i cenię. Sądzę, że cały materiał jest bardzo ważny. Udało mi się sfotografować ostatnie momenty działalności firm, które przez sto lat wpisane były w miejski krajobraz: rzeźnia, fabryka papierosów i cukrownia. Materiał ten był wystawiany w całości tylko raz: jesienią 2000 roku. Siedem lat później kilka zdjęć z tego cyklu wystawiłem w poznańskim Zamku.
Był to prequel późniejszego Projektu PKS, w którym również pan uczestniczył. Mam nadzieję, że to nie ostatnie działania Florkowskiego w rodzinnym mieście. Wśród „kościańskich” pana prac ważne miejsce zajmuje album „Opactwo benedyktynów w Lubiniu”, które doczekało się już dwóch wydań.
To z kolei efekt spotkania z panem Andrzejem Jęczem, Starostą Kościańskim, który zaproponował, abym przygotował album o klasztorze. Starosta okazał się cierpliwym wydawcą - za co mu serdecznie dziękuję – dzięki czemu album mógł dojrzewać. Pracowałem nad nim przez cztery lata. Zrobiłem w Lubiniu ponad cztery tysiące zdjęć. Starałem się pokazać to co ważne: piękno tego miejsca, rytm życia braci, ich związki ze światem. Mam nadzieję, że się udało.
Żyje pan fotografią i z fotografii ponad czterdzieści lat. Zajmował się pan żywym dokumentem, fotografią techniczną, reklamową i artystyczną. Przez cztery dekady fotografia niezwykle się zmieniła. Z jednej strony stała się pełnoprawną dziedziną sztuki, z drugiej rozwój elektroniki uczynił ją powszechną i pospolitą. Czterdzieści lat temu nie nauczano jej na uczelniach artystycznych, a dziś fotograf Florkowski jest profesorem i to „belwederskim”...
Zmiany są ogromne, a tempo w jakim się dokonują stale przyspiesza. Zaczynałem od biegania z torbą wypchaną sprzętem, aby ukradkiem podglądać rzeczywistość, a dobiegłem do Uniwersytetu Artystycznego, gdzie zajmujemy się fotografią będącą pełnowartościową wypowiedzią artystyczną, o określonej wartości na rynku sztuki. Różne światy. Pamiętam jak w 1979 roku, podczas egzaminu do Związku Polskich Artystów Fotografików, określiłem swoją przyszłość jako fotografa. Jednym z członków komisji oceniającej moje prace był wybitny fotograf Edward Hartwig. Oglądając wykonane przeze mnie czarno-białe akty spytał jak będzie wyglądać moja twórczość. Czy będę koncentrował się na fotografii barwnej czy czarno-białej. Z pełnym przekonaniem powiedziałem, że będzie to wyłącznie czarno-biała fotografia. Wszystko się zmienia...
Niektórzy się buntują. Czołowy polski fotograf Tomasz Tomaszewski stwierdził, że rozwój techniki odebrał mu zawód. Dziś każdy ma aparat i każdy fotografuje...
Niezwykle cenię twórczość Tomasza, ale nie podzielam tego poglądu. Być może dlatego, że pracuję z młodymi twórcami i muszę być otwarty na ciągłe zmiany, na poglądy niesprecyzowane, rewolucyjne, łamiące zasady. Powszechność fotografowania nie oznacza, że każdy kto robi zdjęcia jest fotografem. Wciąż jest miejsce dla zawodowców, choć konkurencja jest ogromna.
Ale namawia pan do fotografowania wszystkich.
Tak, bo to forma oswajania otaczającej nas rzeczywistości, opisywania jej na swój sposób. Fotografia jest także pamięcią. Jeśli jakichś obrazów nie utrwalimy, to nam umkną. Mało tego, fotografia daje nam możliwość doczytania po fakcie nowych znaczeń. Na fotografii zobaczymy więcej niż widzieliśmy w momencie jej wykonania. Otrzymujemy obraz zatrzymany, w którym możemy dostrzec dalsze plany, czytać nowe relacje. Namawiam też do fotografowania rzeczy zwykłych i banalnych. Takie zdjęcia będą świeże i często będą więcej mówiły o nas i naszym świecie niż zdjęcia „odświętne”.
Ma pan jakieś fotograficzne plany na najbliższe lata zawiązane z rodzinnym miastem?
Nic do końca sprecyzowanego, ale jestem przekonany, że coś się wydarzy. Przecież od 2000 roku nieustanie „coś fotograficznego” się tu dzieje. Powstało wiele cennych dokumentów. Z pewnością wkrótce pojawią się kolejne...
---------------
PKS, czyli świat sfotografowany
Fragment książki autorstwa Krzysztofa Szymoniaka (2021 - wydana drukiem 2025)
Krzysztof Szymoniak: – Umberto Eco podarował czytającej publiczności niezwykłą księgę pod tytułem „Szaleństwo katalogowania”. Gdyby tę frazę odnieść do fotografii, to dokumentowanie przy jej pomocy różnych obszarów naszego świata i naszej rzeczywistości byłoby szaleństwem, radością czy obowiązkiem
Andrzej P. Florkowski: – Jestem kościaniakiem z krwi i kości, a – jak panu zapewne wiadomo – wychowałem się w domu, gdzie ojciec nie tylko gromadził własne, wielkie archiwum, ale także namawiał wszystkich w koło, aby robili to samo. W tej sytuacji wyniosłem z domu świadomość, że archiwizowanie jest pewnego rodzaju obowiązkiem, a z tego z kolei wywodzi się obowiązek katalogowania.
I ma pan to we krwi?
Pewnie tak, rzecz w tym jednak, że posiadam własne, olbrzymie archiwum fotograficzne, w postaci negatywów mojego autorstwa, które potrzebuje w tej chwili uporządkowania, czyli po prostu skatalogowania. Ponieważ fotografuję przeszło 60 lat, to chyba już pora, aby się za to zabrać. Nie mam przy sobie najstarszych moich negatywów. One być może znajdują się w archiwum ojca. Ale wracając do istoty zagadnienia, sądzę, że ten „obowiązek” budowania archiwum, „obowiązek” katalogowania naszego życia i zmian, jakie w nim zachodzą, sprawia, że po latach, na przykład z dzisiejszej perspektywy, możemy w fotografiach sprzed lat dostrzec sprawy i rzeczy, których wcześniej nie potrafiliśmy dostrzec i odczytać. Dzisiaj widzimy na nich więcej niż wtedy, gdy one powstawały. Dla mnie to jest sama radość.
Z racji wielu różnorodnych swoich doświadczeń zawodowych, a mam na myśli fotografię, poznał pan świat sztuki fotografii na wiele sposobów. Czy zatem zdarzało się panu uprawiać także czystą fotografię artystyczną?
Pracuję na uczelni, gdzie jestem, mówiąc żartobliwie i używając pewnego skrótu, artystą zawodowym, bo tego się tutaj ode mnie oczekuje. Poza tym praca ze studentami wymaga ciągłego napięcia intelektualnego oraz umiejętności rozwiązywania ich problemów, przede wszystkim problemów artystycznych. W związku z tym to już jest praca twórcza. A poza tym, mimo, że jednak jestem w głębi dokumentalistą, i do tego wręcz się przyznaję, to jednak przede wszystkim jestem twórcą. Nie mam z tym żadnego problemu. Problemem jest tylko to, aby znaleźć czas i energię, żeby coś stworzyć, oczywiście poza obowiązkami dydaktycznymi i organizacyjnymi. Tu warto przypomnieć, że przez 19 lat zajmowałem na uczelni różne stanowiska kierownicze i organizacyjne, z czego przez osiem lat byłem dziekanem, a to bardzo absorbuje i nie zostawia wiele energii i czasu na pracę twórczą. Niemniej stale coś powstawało, więc to nie jest tak, że mam za sobą artystyczną pustkę. Myślę, że nadejdzie ten właściwy moment na wystawę retrospektywną prezentującą cały mój dorobek.
Paweł Sałacki w roku 2013 przeprowadził z panem długą rozmowę dla „Gazety Kościańskiej”, z której wynika, między innymi, że swój rodzinny Kościan fotografował pan od wczesnej młodości. Jednak wejście w Projekt PKS w pańskim przypadku było swego rodzaju zbiegiem kilku okoliczności. Jak to wyglądało?
Zaczęło się od tego, że pani Jadwiga Czarna, wtedy dyrektorka Miejskiej Biblioteki, dobra znajoma mojego taty, współpracująca z nim w ramach Towarzystwa Miłośników Ziemi Kościańskiej, zaproponowała mi w roku 1999 wystawę. Pokazałem na tej wystawie cykl ZODIAK. Jest to dwanaście prac metr na metr, prezentujących dwanaście znaków zodiaku. Pamiętam, że wystawa została dobrze przyjęta w Kościanie. To był mój doktorat z roku 1996. Na tej wystawie był Paweł Sałacki, którego wcześniej nie znałem, jako przedstawiciel Działu Promocji Urzędu Miejskiego i rzecznik prasowy burmistrza. On podszedł do mnie już po wernisażu, gdy pieszo zmierzałem w stronę domu rodzinnego i po prostu zapytał, czy miałbym jakiś pomysł fotograficzny, jakąś propozycję na 600-lecie Kościana i rok milenijny 2000. Chyba nie od razu mu odpowiedziałem, ale po jakimś czasie zaproponowałem dwie rzeczy: zbiorowe zdjęcie mieszkańców Kościana, zrobione z podnośnika na dużym formacie 4 x 5 cala oraz portret socjologiczny Kościana.
Zresztą bardzo interesujący. Co sprawiło, że poszedł pan w tym właśnie kierunku?
W roku 1974 zacząłem pracować w Instytucie Historii Sztuki jako technik-laborant. Do moich obowiązków należało robienie reprodukcji, w formie przeźroczy albo papierowych odbitek. Były to ilustracje do dydaktyki, ale też ilustracje do prac badawczych poszczególnych profesorów. Ja tego robiłem tony. Książek i dokumentów przychodziły do mnie całe stosy, które przerabiałem w tym laboratorium. Wtedy zrodziła się we mnie pewna refleksja: tyle miast, tyle różnej działalności jest udokumentowane w grafikach, w malarstwie, w jakichś rycinach, a potem już w fotografii od połowy XIX wieku, a ten biedny Kościan nie ma nic. Bardzo mnie to bolało. Zastanawiałem się, czy takie wizerunki istniały, a potem zostały zniszczone przez burze dziejowe, na przykład w pożarach, czy nigdy nie powstały? Było dla mnie bolesnym faktem, że Kościan nie funkcjonuje w obrazkach. A z drugiej strony wyrosłem w domu, gdzie zbierało się całe Towarzystwo Miłośników Ziemi Kościańskiej, gdzie kultywowano pamięć o przeszłości miasta. W efekcie zadałem sobie pytanie, jak ja mogę wpłynąć na większą liczebność obrazów Kościana? Wyszło mi, że jedyna rzecz, jaką mogę teraz zrobić, to sfotografować ten Kościan takim, jaki jest. W ten sposób powstał pomysł na dokument socjologiczny. Paweł Sałacki przekonał do pomysłu burmistrza pana Mirosława Woźniaka, w efekcie czego dostałem pieniądze na materiały, a w grę wchodziły filmy, papiery i chemia. W ramach projektu Kościan 2000 zrobiłem dziewięćset, a może nawet tysiąc klatek negatywowych. Żeby to zrealizować, musiałem przyjeżdżać do Kościana tyle, ile mogłem, ale też postawiłem pytanie, co powinno, zdaniem samorządu, znaleźć się na tych zdjęciach, bo w końcu władze miasta wiedzą lepiej, co w danym momencie jest ważne. Od razu padło na trzy za chwilę mające zakończyć swój żywot zakłady pracy: na rzeźnię, monopol tytoniowy i cukrownię. Poza tym sam szukałem tematów. Wiedziałem, że muszę sfotografować szpital, maturę, swoje liceum, swoją podstawówkę, także jakieś uroczystości i zwyczaje, typu święcenie potraw, śmigus-dyngus, pierwsza komunia święta. Zrobiłem to aparatem Canon 5 na Neopanie 400 i 1600, według mnie najlepszych negatywach w tamtym czasie. Negatywy wywoływałem w Atomalu A49 (bo uważałem, że tylko A49 odpowiednio woła cienie), prawdopodobnie akutancyjnie, czyli godzinę. Z tego materiału powstała w grudniu 2000 wystawa obejmująca 96 zdjęć. Wisiała ona w Muzeum Regionalnym, czyli w Ratuszu i przyznam szczerze, że o tym zapomniałem. Jakieś dwa, trzy lata temu, na posiedzeniu Rady Naukowej pokazano mi w kościańskim Muzeum te odbitki (które Paweł Sałacki wcześniej tam zarchiwizował) i nie ukrywam, że byłem tym faktem poruszony, bo to są odbitki autorskie, wykonane w prawdziwej ciemni na prawdziwym papierze fotograficznym. Odbitki zrobiłem dodatkowo z ramką negatywową, aby nie było wątpliwości, że to są pełne kadry 1:1, tyle tylko, że powiększone. Żeby dzisiaj pokazać to światu, na przykład także w wersji cyfrowej, oryginalne negatywy trzeba wpierw zeskanować. Ponieważ mam inne tematy na głowie, to chwilowo brakuje mi na to czasu. Poza tym powstaje dylemat technologiczny: negatywy skanować, czy raczej reprodukować fotograficznie aparatem cyfrowym z matrycą o wielkiej rozdzielczości – JPG 50 MB lub RAW 125 MB? W każdym razie uważamy z Pawłem Sałackim, że ten zestaw zdjęć jest prekursorem dalszych działań w ramach Projektu PKS.
Po tej wystawie Paweł Sałacki zmienił pracę. Przeszedł do redakcji „Gazety Kościańskiej”, ale fotografia ciągle za nim chodziła. Po czterech latach postanowił wrócić do swojej pasji. Pod koniec roku 2004 „objawia” mu się kalendarzowa magia liczb, czyli imieniny roku, przypadające co roku na inny miesiąc. Na pewno był to nośny pomysł, zawierający w sobie dozę losowości, bo oprócz daty prawie niczego nie można było na dany dzień przewidzieć ani zaprogramować. Ale gdyby spojrzeć na to szerzej?
Koncepcja była na pewno bardzo udana i dobrze zrealizowana. Poza tym istnieją różne preteksty do wywołania jakiegoś zdarzenia artystycznego. Ten był równie dobry, jak jubileusze, rocznice czy święta państwowe. Jedyny „problem” to ten, że nie zaczęliśmy tego projektu realizować w roku 2001. Cztery lata bezpowrotnie uciekły. Trudno. Natomiast znakomitym posunięciem Pawła Sałackiego było zaproszenie (oficjalnie przez starostę kościańskiego) do udziału w projekcie nie tylko zawodowców, ale także amatorów, mieszkańców Kościana i powiatu kościańskiego. Ten ich udział rozwinął się do tego stopnia, że ludzie organizowali, przygotowywali na dany dzień jakieś własne, małe zdarzenia rodzinne i sąsiedzkie. A to wszystko jest zapisem naszego czasu, dzisiejszego stanu rzeczy. I to są ważne zdjęcia zwyczajnej codzienności, choć pozornie wydają się „nieważne”. Ja dlatego namawiam studentów, aby dwa razy w roku sfotografowali stół świąteczny w swoim domu rodzinnym, zastawę stołową i przygotowane na tę okazje potrawy. Mówię im, że ten stół przez pięć lat będzie wyglądał tak samo, ale wasze dzieci, a już wnuki na pewno, będą to oglądać jak zupełnie inny świat. I to jest właśnie punkt wyjścia naszej rozmowy, czyli katalogowanie.
W roku 2012 cykl „imienin roku” oparty na magii liczb się kończy i Paweł Sałacki uświadamia sobie, że znowu zostaje bez ciągu dalszego…
I to jest właśnie problem. Też odnotowałem ten „koniec” w swojej świadomości, wiedząc, że w tym samym czasie Waldemar Śliwczyński i burmistrz Wrześni rozwijają z powodzeniem projekt Kolekcji Wrzesińskiej, gdzie co roku inny artysta fotografuje miasto i ludzi według własnej koncepcji, a rok kończy się wystawą i książką-albumem. Myślę jednak, że nic nie stoi na przeszkodzie (pewnie poza finansami), aby zorganizować naszą własną Kolekcję Kościańską. Dlatego tak ważnym jest fakt, że Paweł Sałacki założył Fundację Projekt PKS, w ramach której gromadzi i chroni dotychczasowy dorobek, ale też pozyskuje pieniądze na dalszą działalność fotograficzną. Nie ukrywam, że jestem zajęty, ale też chciałbym raz na dwa, trzy lata wrócić z aparatem do Kościana i zrealizować jakiś kolejny cykl. To może być 10 lub 20 zdjęć, ale ważne, żeby to miało sens dokumentalny i żeby ten zbiór trafił potem do Muzeum.
Po dwóch latach przerwy, kiedy ukazał się album podsumowujący Projekt PKS, Paweł Sałacki uruchomił miejscowych fotografów proponując im lokalne tematy: handel, sacrum i podwórka – realizowane w cyklu rocznym lub dwuletnim. Sam obecnie realizuje cykl socjologiczny fotografując starszych kościaniaków w ich mieszkaniach.
Piękny i bardzo wartościowy pomysł, bo te mieszkania za lat kilka albo przestaną istnieć w obecnym kształcie, albo całkowicie się zmienią. Ideałem byłoby, gdyby te długoterminowe tematy (handel, sacrum, podwórka) udało się zamknąć nie tylko wystawą, ale i książką, jak to robi Września. Na chwilę znowu wrócę do pytania, czy należy katalogować i zbierać archiwa? Odwiedzając większą grupą lata temu Opawę, czyli Instytut Twórczej Fotografii, trafiliśmy do miejskiego archiwum fotografii. To nie było muzeum. To było żywe, działające aktywnie miejskie archiwum fotografii, w którym znajdowały się zdjęcia gromadzone nieprzerwanie od ponad stu lat. Dowiedzieliśmy się wtedy, że do 1939 roku w większych niemieckich miastach funkcjonował na etacie fotograf miejski, który dzień po dniu fotografował ulicę za ulicą, plac za placem. I gdy dojechał do końca, zaczynał od początku fotografować te same miejsca. Dzięki temu uzyskiwano zapis tego, jak miasto się zmienia. To, że taka instytucja fotografa miejskiego nie jest u nas zjawiskiem powszechnym, dowodzi tego, jak mała jest świadomość wartości fotografii jako źródła archiwalnego.
Prosty przykład, to choćby ten, że dzisiaj socjologowie nie potrafią się już obejść bez fotografii.
Ależ nikt albo prawie nikt, już dzisiaj tego nie potrafi. Tego, jak zmieniła się fotografia i jaki ma wpływ na obecną rzeczywistość, trzydzieści a na pewno pięćdziesiąt lat temu nie byliśmy w stanie przewidzieć. Jeżeli nawet pominiemy media społecznościowe, gdzie obraz stał się nowym językiem, nowym sposobem komunikacji, to nigdy wcześniej świat nie był tak zdominowany przez obrazy fotograficzne. A fotografujemy wszystko i na wszelkie możliwe sposoby, ponieważ możemy to robić niemal bez ograniczeń i bez kosztów. I od razu powstaje pytanie: czy i jak komunikujemy się przy pomocy obrazów?
W Projekcie PKS wziął pan udział kilka razy. Z której odsłony jest pan najbardziej zadowolony?
Wolę powiedzieć, co mi nie wyszło. Nie udał mi się 11 Listopada 2011 roku. Ja sobie wtedy wymyśliłem, że sfotografuję jakichś obcokrajowców, żeby zobaczyć, jak oni w tym konkretnym dniu biorą udział (lub nie) w naszym święcie. Chciałem się dowiedzieć, co oni robią w dniu 11 Listopada. No i nie udało mi się ich znaleźć. Fotografowałem więc to, co działo się wokół mnie.
Czy, mając ogląd całości Projektu PKS, wyróżniłby pan któregoś z fotografów za temat, za jakość, za pomysł?
Zapadły mi w pamięć niektóre zdjęcia. Do dzisiaj mam przed oczami fotografię Sławka Skrobały, na której widać mężczyznę przed zbitym z desek przystankiem autobusowym. To zdjęcie zrobiło na mnie największe wrażenie.
A jak pan ocenia sprawność organizacyjną, aktywność i samoświadomość fotograficzną Pawła Sałackiego?
Bardzo wysoko. Owszem, rozmawialiśmy na różne tematy, ale nigdy mu nie doradzałem. Pan Paweł był zawsze dobrze zorganizowany, miał świetne układy z władzami samorządowymi miasta i powiatu, więc jedynym kłopotem bywał niekiedy deszcz utrudniający pracę fotografom. Ale każdy materiał fotograficzny, który wtedy powstawał, i ten lepszy, i ten słabszy, nabiera wartości z czasem. To czas buduje jego wartość. Młodzi ludzie nie mogą tamtej rzeczywistości pamiętać, a dokumentacja fotograficzna z czasów minionych jest dla nich rodzajem archeologii. Oni, oglądając to, co utrwalono na zdjęciach w ramach Projektu PKS, stają się odkrywcami, bo nie tylko świat się zmienia, zmienia się przede wszystkim sama fotografia. I to coraz szybciej. Jedynym pytaniem jest tylko kwestia, jak kontynuować to fotograficzne dokumentowanie Kościana i komu powierzać kolejne tematy, w jakim rytmie czasowym i skąd potem brać pieniądze na kolejne książki zawierające dorobek Fundacji Projekt PKS.
Ale bywa i tak, że niektórzy fotografowie mają pewne tematy już sfotografowane. Wystarczy tylko otworzyć właściwą szufladę.
I ja mam coś takiego, czego Paweł Sałacki na pewno u mnie nie widział. To jest ostatni dzień dawnej restauracji „Słonecznej”. Ja tam byłem z półtorej godziny przed zamknięciem i wtedy obfotografowałem całą przestrzeń tego lokalu i całą załogę. Wiedziałem, że coś bezpowrotnie znika, że kawałek historii Kościana odchodzi nieodwołalnie.
Czyli wystarczy otworzyć szufladę i Paweł ma kolejny temat w ręce.
Szufladę nie, bo robiłem to cyfrą, ale gdybym wiedział, gdzie to zarchiwizowałem, w jakim folderze i na jakim dysku, to materiał jest do wzięcia.
Pozwolę sobie zapytać, nad czym pan teraz pracuje?
Oczywiście stale coś fotografuję, ale od pewnego czasu zająłem się także filmem. Obecnie pracuję nad filmem o profesorze Stefanie Wojneckim, który był twórcą edukacji fotograficznej na naszym Uniwersytecie. Pamiętajmy, że bez niego nie powstałoby wiele innych ośrodków edukacji w całym kraju. Drugi film, nad którym pracuję, dotyczy profesora Grzegorza Przyborka. To są filmy biograficzne. Każdy będzie inny, ale na pewno oba łatwiej trafią do młodego odbiorcy niż książki na ten sam temat, bo – jak powszechnie wiadomo – młodzi ludzie wolą oglądać niż czytać.
Skoro już o tym mowa, zastanawiam się, jak młodzi ludzie studiujący fotografię, rozumieją dzisiaj dokument fotograficzny? I co ich interesuje w dokumencie?
To nie jest w tym momencie pytanie do mnie. Dlaczego? Rozmawiamy 22 kwietnia 2021 roku na Uniwersytecie Artystycznym, gdzie w zasadzie nie prowadzi się zajęć z dokumentu. Jest wyłącznie kreacja. Jest to kreacja artystyczna, a fotografia w tym nurcie edukacji przestała być już traktowana jako zapis, czyli tak, jak to robiono 20, 30 lat temu. Fotografia jako taka stała się pełnoprawnym językiem sztuki, jak każdy inny rodzaj medium artystycznego. W związku z tym, poszukując nowych form wypowiedzi na polu fotografii, przekraczamy granice, które do tej pory były powszechnie uznawane i stosowane. W związku z tym na pytanie, kogo my kształcimy, odpowiadam, że kształcimy artystów wizualnych, którzy czasami posługują się fotografią. Dlatego prowadzimy tę rozmowę w Katedrze Fotografii, gdzie wychodzi się poza tradycyjne rozumienie fotografii. Dzisiaj to może być obiekt, to może być instalacja, a nawet performance. Jedynie źródłem tych działań może być fotografia. A fotografia najpierw jest negatywem. Jeżeli więc zrobię silikonowy czy gipsowy odlew jakiegoś przedmiotu, a nawet kawałka ludzkiej skóry, to otrzymuję negatyw. Więc w tym znaczeniu możemy mówić o fotografii. Przekraczamy zatem zdecydowanie granice fotografii. Być może przechodnie na ulicy nie są na to gotowi, ale sztuka zawsze wybiegała do przodu i zawsze na początku nie była przez ogół rozumiana. Natomiast, jeżeli chodzi o dokument, jeżeli chodzi o całą moją przeszłość, o moje korzenie, to ja jestem otwarty na fotografię dokumentalną, ale to musi być bardzo dobry dokument. Rok temu pierwszy raz w historii Katedry zdarzyło się, że powstał dyplom magisterski z fotografii dokumentalnej. To była Natalia Piatkevich z Mińska, z Białorusi, która zrobiła pracę o swojej rodzinie, gdzie motywem przewodnim był problem lęku przed śmiercią, samotnością po odejściu rodziców. Bardzo piękny i przejmujący dokument.
Czy wśród pańskich studentów są osoby, które byłyby zainteresowane udziałem w Projekcie PKS?
Nie. To nie jest ich świat. Na szczęście w Poznaniu mamy jeszcze Pix.House, który jest środowiskiem fotografii dokumentalnej, bardzo szeroko rozumianej. My z Pix.Housem mamy bardzo dobrą współpracę, ale dotyczy to tak zwanych fotobooków. I to się rozwija, i to idzie świetnie, ale należy pamiętać, że studenci, którzy posługują się dokumentem, nie trafiają do nas, bo wiedzą, że to nie jest nasz profil. Ale wracając do pytania, to może kiedyś znajdą się artyści, którzy motyw miasta Kościana i jego mieszkańców będą chcieli przedstawić w artystycznej formie. Myślę, że nadszedł już na to czas. Nie jestem jedynym kościaniakiem posługującym się formą sztuki, aby zabierać głos na temat mojego rodzinnego miasta.
Gdyby Paweł Sałacki ponownie zaprosił pana do Projektu PKS, to co chciałby pan sfotografować tam w tej chwili?
W Kościanie na pewno chciałbym sfotografować swoje ścieżki z dzieciństwa. A w związku z tym nie posługiwałbym się w tym działaniu aparatem cyfrowym i na pewno nie byłby to aparat analogowy taki, jaki pamiętamy sprzed czterdziestu lat. Moim zdaniem narzędzie musi być adekwatne do tematu. Dlatego chcąc wrócić do wspomnień z dzieciństwa, musiałbym sobie znaleźć zupełnie inną formę zapisu, która przekłada się na tempo i sposób pracy, na medytację. Dzisiaj podejrzewam, że byłby to jednak jakiś bardzo prosty aparat fotograficzny, ale pewności w tej materii ciągle nie mam.
Panie profesorze, czy wśród wielkich dokumentalistów ze światowej sceny fotograficznej znajdują się osobowości, które są dla pana wzorem lub punktem odniesienia?
Mógłbym tu wymienić dziesiątki wielkich nazwisk, które wszyscy znamy, ale ja nie tak podchodzę do sprawy. Ja cenię pojedyncze kadry, fotografie, które zapadają w pamięć. Dlatego nie wybieram sobie mistrzów, jeżeli już, to raczej kolekcjonuję w świadomości mistrzowskie fotografie, wybitne zdjęcia. Tylko tyle i aż tyle.

Zgłaszasz poniższy komentarz:
Bardzo miły i ciepły człowiek. Niewielu takich można spotkać w życiu. Miałam to szczęście.